czwartek, 15 grudnia 2011

Toruń - Golub-Dobrzyń - Grudziądz 1-2.05.2011


T
en rok ma być w założeniu bardziej turystycznym, niż poprzednie. Wiązało się to od początku z planami zmiany motocykla. Najmniejsza wersja Suzuki Maraudera do dalekich wojaży się nie nadaje.  Początek roku upłynął na przeglądaniu map i szukaniu ciekawych miejsc do odwiedzenia, z nadzieją, że zmiana motocykla pozwoli te plany wcielić w życie.
Wiosną pojawił się V-Strom. Przygotowania do turystyki z tym momentem też nabrały tempa. Założenia są następujące wyjazd jedno lub dwudniowy połączony ze zwiedzaniem. Całość realizowana bez pośpiechu.
Pierwszy dogodny termin: długi weekend. Pewne obawy co do realizacji założonych planów wywołał we mnie zbieg terminu z wyznaczonym na ostatni dzień kwietnia Rajdem Pałuk. Czy dam radę pokonać tyle kilometrów. Motocykl jeszcze nie do końca opanowany. Ale co tam „ninja musi być twarda”. Założyłem, że wezmę udział w rajdzie, powrót do domu, a na drugi dzień ruszamy z Beatką na wspólne zwiedzanie. Beatka oprócz daty wyjazdu i założenia jego dwudniowego trwania nic więcej nie wiedziała. Nie znała nawet kierunku, w którym mamy jechać. Podejrzewała nawet wyjazd do Niemiec do naszych znajomych. Przekazałem tylko datę i godzinę wyjazdu: 1 maja, godzina 8.00.
Rajd Pałuk okazał się dla asfaltowców długi i monotonny. Przejechane 518 km nie dało mi się jednak we znaki i nie pozbawiło ochoty na zaplanowany wyjazd.
Z zakładanego wyjazdu o 8.00 wyszły nici. Ale "spoko", brałem to pod uwagę i wyjazd z czterdziestominutowym opóźnieniem przyjąłem nad wyraz spokojnie. W domu nie jedliśmy śniadanka, bo było ono zaplanowane jako powód do pierwszego postoju.
Obrałem kierunek na Bydgoszcz. Jako że była niedziela i święto, ruchu na drogach prawie żadnego. Słoneczko świeciło, temperatura niestety  nie była jeszcze za wysoka. Pierwsze 90 km przebiegło więc spokojnie.
1 maja 2011 był dniem beatyfikacji Ojca Świętego Jana Pawła II. Wszystkie drogi Polaków prowadziły do Rzymu. I nas poniosło w tym kierunku. My jednak zawitaliśmy do „Rzymu”, gdzie „jedzą, piją, lulki palą, tańce, hulanki swawola, ledwie karczy nie rozwalą, ha ha , hi hi hejże hola”. Zatrzymaliśmy się bowiem na wlocie do Bydgoszczy w karczmie o nazwie „Rzym”. Śniadanko w cenie 25 zł. od osoby, ze szwedzkim bufetem i robioną przy kliencie jajecznicą w pełni, a nawet w nadmiarze, zaspokoiło nasz głód.  Pełni pozytywnych wrażeń ruszyliśmy więc w dalszą drogę kierując się krajową 10 na Toruń. Słoneczko coraz mocniej przygrzewało więc i podróż była coraz przyjemniejsza. Satysfakcję z jazdy przynosiło także poruszanie się nową, na długich odcinkach dwupasmową, ścieżką.



Na parkingu strzeżonym przy Bulwarze Filadelfijskim w Toruniu, znaleźliśmy się w samą porę, by zrzucić stroje motocyklowe, przebrać się w coś lżejszego i wygodniejszego, zabezpieczyć i przykryć rzeczy oraz motocykl i punkt dwunasta stanąć na Rynku Staromiejskim przy Punkcie Informacji Turystycznej. W tym bowiem dniu można było skorzystać z darmowych usług przewodników. Oczywiście, jak to przy darmosze, nie byliśmy jedynymi chętnymi, więc towarzystwo zostało podzielone na i tak duże trzy grupy. Pełni zapału ruszyliśmy na zwiedzanie starego Torunia, perły gotyku. W programie oczywiście znalazł się Pomnik Kopernika i Ratusz, na którego wieżę można wejść i podziwiać panoramę miasta. 



Dalej Krzywa Wieża, której krzywiznę najlepiej widać z oddalenia. Z wieżą tą wiąże się obyczaj – anegdota. Twierdzi się bowiem, że jedynie osoba z czystym sumieniem i bez skazy, opierając się plecami o jej mury i wyciągając ręce przed siebie ma szansę się nie przewrócić. Nawet nie próbowaliśmy tego sprawdzać. Oczywiście będąc przekonanymi o swojej moralnej postawie.



Dalsze kroki skierowaliśmy do ruin zamku krzyżackiego, podziwiając po drodze ciąg murów miejskich i bram wjazdowych do miasta oraz uliczek. Szczególnie urokliwa okazała się uliczka Podmurna, miejsce sesji fotograficznych świeżo poślubionych mieszkańców Torunia. Sam zamek nie robi wrażania, gdyż zostało z niego praktycznie rumowisko gruzu. Jedynym odtworzonym elementem są mury fosy. W ich obrębie odbywają się koncerty oraz pokazy, w tym walk rycerskich. My na takie nie trafiliśmy.




Dalsze zwiedzanie niewątpliwie urokliwych uliczek i kościołów zajęło nam w sumie ok. 2 godzin. Spacer i wrażenia ze zwiedzania wywołały w nas ochotę na małą słodką przekąskę. Rozpoczęły się więc poszukiwania stosownego lokalu, co przy okazji zaowocowało dalszym poznawaniem uroków starej części Torunia. Ostatecznie po wielu bezskutecznych próbach znalezienia wolnego stolika, wynikających z najazdu turystów spowodowanego wolnymi dniami, rozlokowaliśmy się w naleśnikarni Manekin, gdzie w wejściowej bramie znaleźliśmy jedyny wolny stolik. Ponieważ wejście było zacienione, a my z uwagi na temperaturę potrzebowaliśmy słońca, podjęliśmy desperacki krok wystawienia stolika na ulicę. Nie stanowiło to problemu do czasu, gdy po jakiś czterdziestu minutach oczekiwania na realizację zamówienia upomnieliśmy się o nie. Wtedy zostaliśmy kulturalnie poproszenia o powrót stolikiem na teren lokalu. A taką im robiliśmy reklamę.



Pokręciliśmy się jeszcze trochę po mieście, podziwiając jego architekturę. Szczególnie godnym polecenia miejscem jest Żywe Muzeum Piernika. W sposób bardzo aktywny, z bezpośrednim udziałem zwiedzających przygotowuje i wypieka się pierniki. Zabawa na styl średniowiecza pomyślana niby dla dzieci, ale to dorośli wbrew pozorom mieli najwięcej zabawy.







Ciekawym dla miłośników filmu „Rejs” Marka Piwowskiego jest też nadbrzeże wiślane. W tym miejscu bowiem zaczyna się akcja filmu i zaokrętowanie jej bohaterów. Na pamiątkę tego na jednym z murów umieszczono kultowe cytaty z filmu.






Toruń jest pięknym miastem, wszystkiego pewnie nie udało się jeszcze obejrzeć i  na pewno do niego jeszcze kiedyś wrócimy. Zrobiło się jednak późno i nadeszła chwila przemieszczenia się na zaplanowany nocleg. Skierowaliśmy się najpierw krajową 10, a później drogą 359 do Golubia-Dobrzynia. Pora była już późna więc zwiedzanie tamtejszego zamku, w którym mieliśmy nocleg, odłożyliśmy na dzień następny. Dzięki uprzejmości portiera mogliśmy naszego V-Stroma zaparkować na samym dziedzińcu zamkowym. Co do samego noclegu, to lepiej pominąć to milczeniem, bo niewiele jest dobrego do powiedzenia. Ogólnie można powiedzieć, że relacja jakość/cena wypada bardzo marnie. Pierwszego dnia zrobiliśmy 190 km. Na miejscu spotkaliśmy jeszcze trzech motocyklistów. Kolega na harleyu pełen lansu.






Zamek w Golubiu-Dobrzyniu to dawna twierdza krzyżacka, przebudowana w XVI wieku i wzbogacona o elementy renesansowe. Co godzinę odbywa się zwiedzanie z przewodnikiem. Na miejscu jest też wystawa znalezisk z okresu wczesnego średniowiecza. Hotelu i restauracji nie polecamy. Generalnie przydałby się prywatny właściciel zamiast PTTK.




Pogoda drugiego dnia nas nie rozpieszczała, było zimno, jakieś 5oC, i dość wietrznie. W perspektywie były też opady deszczu. Po każdej godzinie jazdy konieczne było zatrzymanie się na coś rozgrzewającego, a to herbatka, a to zupka.
Drogą 354 skierowaliśmy się do Grudziądza. Po drodze zatrzymaliśmy się aby rzucić okiem na zamek w Radzyniu Chełmińskim. W znacznej części jest on jednak zrujnowany i raczej nie ma żadnych perspektyw, żeby coś w tym zakresie miało się zmienić.
W tym miejscu nasza podróż o mało nie zakończyła się tragicznie. Szalony kierowca, wyprzedzający na ciągłej linii i w zakręcie, o mało na nas nie wpadł. Zmieścił się naprawdę minimalnie. Gdybyśmy jechali samochodem tego miejsca by zabrakło.



Ostatnim punktem na naszej trasie był Grudziądz. Warty zobaczenia jest ciąg starych spichrzy nawet z XIV wieku, urokliwy zwłaszcza od strony Wisły. Jest to obiekt dość nietypowy i nieczęsto spotykany. Od strony Wisły najlepiej wejść do miasta przez Bramę Wodną. Część miasta była w trakcie remontu i nie do końca można było ocenić jego urok. Warto rzucić okiem również na Ratusz.

Godnym polecenia miejscem jest Caffe Kontynenty w okolicach rynku. Lokal bardzo klimatyczny, choć ciasny. Na ścianach rozwieszone są worki po kawie. W powietrzu unosi się zapach kaw z całego świata, a i desery niczego sobie.


Z Grudziądza przez Bydgoszcz z krótką przerwą na obiad wróciliśmy do domu. Łącznie przejechaliśmy 432 km. 



A poniżej link do mapy z trasą.

Zaczynam

To mój pierwszy post, więc wypada się przywitać. Za bloga zabieram się z pewna obawą. Nie mam zielonego pojęcia jak to wszystko się będzie układać. Kompletnie nie znam się na sprawach związanych z komputerami. Mam nadzieję, że intuicja poradzi.
Blog w założeniu ma być odzwierciedleniem moich pasji. Ale zobaczymy co życie przyniesie.