środa, 22 sierpnia 2012

Karkonosze 2012

Rozpoczęciu wakacji należała się godna oprawa. Przyszedł więc czas na realizację planów podjętych już w ubiegłym roku, czyli na górską wędrówkę. Wybór padł na Karkonosze z uwagi na ich przyjazny charakter, jak i na najbliższe względem Piły położenie.
Tym razem ruszamy w czwórkę: Beata, jej siostra Karolina, siostrzeniec Mikołaj i ja. Dziewczyny zabukowały sobie pobyt w Karpaczu, a Mikołaj i ja organizujemy "męską imprezę" i mamy zarezerwowane noclegi w schroniskach. 
Wyjeżdżamy z Piły w piątek 29 czerwca ok. południa. Wieczorem jesteśmy w Karpaczu. Dziewczyny meldują się w hotelu i zawożą nas do Szklarskiej Poręby. Ruszamy na Szrenicę czerwonym szlakiem. Po drodze podziwiamy wodospad Kamieńczyka, choć bezpośrednie zejście do jego podstawy jest już zamknięte dla zwiedzających. Po półtorej godziny marszu docieramy do schroniska na Hali Szrenickiej, gdzie mamy zarezerwowany pierwszy nocleg.






W tym miejscu wypada opisać trochę samo schronisko.
Ponieważ pozostaje ono we władaniu PTTK, jego aktualny standard pamięta czasy świetności tej organizacji. Również obsługa jakby tkwiła w czasach głębokiego PRL-u. Pani na portierni-recepcji na "dzień dobry" nas opierniczyła, że tak późno się zjawiamy, a później przez cały czas zwracała się do nas w trzeciej osobie liczby mnogiej np. "pójdą do pokoju .....", "wezmą pościel". Ani razu nie padło słowo "panowie". Było to nawet zabawne. Trzeba jednak oddać, że władający obiektem przymierzają się do remontu. Powoduje to, że mnóstwo sprzętów zalega w korytarzach. Można by tu horror kręcić. Mi obiekt na myśl od razu przywiódł "Lśnienie" z Jackiem Nicholsonem. Roztaczaliśmy też wizje biegającej w nocy z siekierą pani "portierki". Mikołaj uległ przerażeniu tym bardziej, że w trakcie drogi do toalety zgubił się w zakamarkach obiektu. Ciemno, ok. 23, i młody przerażony człowiek włóczący się po korytarzach. Zobaczyć jego twarz, gdy w końcu  dotarł do pokoju - bezcenne. W całym obiekcie nocowało może z 6 osób.
Może po zakończeniu remontu, za 2-3 lata, obiekt będzie przyciągał swą atrakcyjnością.




Nic jednak nie odda tej wieczornej ciszy i spokoju, jakie towarzyszyły nam w trakcie kolacji na tarasie przed schroniskiem. Na tym samym tarasie rano zjedliśmy też śniadanie, a naszymi towarzyszami były sarny, które pojawiły się na Hali.

Ruszamy na szlak około godziny 8.00. W dalszym ciągu poruszamy się czerwonym - Głównym Szlakiem Sudeckim. Przed nami najpierw droga na Szrenicę (1361 m n.p.m.) a później w kierunku Śnieżki (1602 m n.p.m.). Nocleg mamy zarezerwowany w schronisku Strzecha Akademicka więc przed nami dwadzieścia parę kilometrów marszu.
Na Szrenicę mamy tylko mały kawałek drogi, mijamy Końskie Łby i docieramy do schroniska na szczycie "w punkt". Otwieramy drzwi do schroniska i w tym momencie zaczyna padać deszcz. Odczekujemy pół godziny, przeznaczając je na mały posiłek. Na szczęście ten czas wystarcza na zakończenie opadów. Później będziemy tęsknić choćby za odrobiną deszczu.


Przejście czerwonym szlakiem przez Karkonosze nie jest zbyt trudne technicznie od chwili zejścia ze Szrenicy. Podejścia nie są zbyt ostre, a szlak przebiega w miarę łagodnie. Nieforsownym marszem mijamy Trzy Świnki, Twarożnik, Łabski Szczyt i docieramy do Śnieżnych Kotłów i znajdującej się przy nich Radiowo - Telewizyjnej Stacji Przekaźnikowej, która przed wojną była schroniskiem. Tu robimy sobie kolejną przerwę w marszu i delektujemy się pięknymi widokami.








Śnieżne Kotły są zachwycające. Chociażby dla ich widoku warto odbyć tą wycieczkę.









Ruszamy dalej w kierunku Przełęczy Karkonoskiej. Mijamy Wielki Szyszak ze znajdującym się na szczycie monumentem, który pozostał po pomniku Cesarza Wilhelma, zniszczonym po wojnie, jak wszystko co wskazywało na związek tych ziem z Niemcami. Robi się coraz cieplej. Jest już koło południa i słońce coraz bardziej przypieka. Po drodze mijamy spalone schronisko Petrova bouda i docieramy do Przełęczy Karkonoskiej (1198 m n.p.m.). Jest to dobre miejsce na kolejny odpoczynek. Do wyboru jest Spindlerova bouda po stronie czeskiej i polskie schronisko Odrodzenie. My wybieramy czeski lokal, bo chcemy pojeść knedlików i popić kofoli.



Po sutym posiłku, przed nami dość ostre podejście pod Mały Szyszak (1436 m n.p.m.). Z pełnym żołądkiem nie jest to łatwe. Wędrówkę coraz bardziej utrudnia też upał. Temperatura zaczęła przekraczać 30 st. C. Co pół godziny padamy w jakimś cieniu, żeby choć chwilę odpocząć i się schłodzić. W końcu docieramy do Słoneczników, w których cieniu już odbywa się "piknik".


Krawędzią Kotłów Wielkiego Stawu i Małego Stawu docieramy do Strzechy Akademickiej. Tutaj warunki też siermiężne ale o niebo lepsze niż w schronisku na Hali Szrenickiej.



Szybka kąpiel, kolacja i ruszamy jeszcze do oddalonego o 10 min. drogi schroniska Samotnia położonego nad Małym Stawem.







Po powrocie do Strzechy Akademickiej rozgrywamy jeszcze trzy mecze w tenisa stołowego. Ostateczny wynik 2-1 dla Mikołaja. Zmęczeni wędrówką, a przede wszystkim upałem idziemy spać. Mikołaj "odleciał" praktycznie niepostrzeżenie. 
Rano pobudka o 7.00, bo na 12.00 mamy być w Karpaczu, a przed nami jeszcze wejście na Śnieżkę. Mikołaj nie może się dobudzić, ale jakoś udaje nam się wyjść na szlak po 8.00. Po pół godzinie jesteśmy na Kopie i tu znów łapie nasz poranny deszcz. Musimy więc przeczekać. Trwa to na szczęście kilkanaście minut i ruszamy dalej. Droga pomiędzy Kopą a schroniskiem Dom Śląski to właściwie deptak, o czym dobitnie przekonamy się w drodze powrotnej. Na razie jest pusto i jesteśmy jedynymi jej użytkownikami. Do Domu Śląskiego wchodzimy tylko po pieczątkę do GOT-ki, ale wczorajsze zmęczenie Mikołaja znów się odzywa i zasypia na ławce. Czas jednak goni więc nie daję mu spać. Przy wyjściu ze schroniska przykra informacja. Czerwony szlak ze Śnieżki przez Łomniczkę jest zamknięty więc musimy zweryfikować pierwotne plany i wrócić Śląską Drogą. Ruszamy na Śnieżkę. Podejście jest dość ostre, a na dodatek utrudnia nam je jeszcze porywisty wiatr. Na Śnieżkę docieramy tuż po 10.00. Restauracja już otwarta więc można wypić coś na rozgrzewkę i trochę się posilić. Wchodzimy do kapliczki na szczycie, przechodzimy na czeską stronę góry i powolutku zaczynamy schodzić w dół do Karpacza. 



 
Ponieważ wyciąg na Kopę już zaczął przywozić turystów, na drodze powrotnej do Domu Śląskiego zrobił się tłok. To samo obserwujemy na Śląskiej Drodze prowadzącej z Karpacza na Śnieżkę (czarny szlak). Nasze przerażenie wzbudza beztroska turystów. Pomijam już kwestię ubioru, w szczególności obuwia, całkowicie nie nadającego się do górskich wędrówek. Przerażeniem napawa mnie brak zaopatrzenia w wodę przy trzydziestostopniowym upale. Ludzie albo nie mają żadnej wody albo idą z półlitrową butelką na kilka osób. 
Przy wejściu do Parku Narodowego wdajemy się w krótką dyskusję z Panią, która będąc z trzyletnim dzieckiem, usiłowała dowiedzieć się u pracownika Parku czy dziecko da radę samodzielnie wejść Śląską Drogą na Śnieżkę. Znając trudność tego podejścia poradziłem Pani wjazd kolejką i ewentualne zejście. Pani w odpowiedzi powiedziała, że wszyscy wiedzą, ze łatwiej się wchodzi niż schodzi i że chyba jestem pierwszy raz w górach. Stwierdziłem, że pozostawiam jej wybór i porażony tą logiką zrezygnowałem z dalszej dyskusji. Nie muszę dodawać, że Pani oczywiście nie miała przy sobie nawet odrobiny wody. 
Do Karpacza docieramy tuż po 12.00. Korzystamy z możliwości szybkiej kąpieli w hotelu zajmowanym przez dziewczyny i w drogę do Piły. W domu lądujemy tuż przed rozpoczęciem finału Euro 2012.

niedziela, 15 lipca 2012

Harz 7-10.06.2012

Na zaproszenie kolegi Grzegorza z Berlina, który rzucił propozycję i zorganizował całość logistyki, w dniach 7-10.06.2012 roku wybrałem się do Niemiec w góry Harz. Długo zastanawiałem się, jak opisać ten wypad i doszedłem do wniosku, że opisywanie każdego dnia podróży nie ma sensu z uwagi na dość skromny czas jej trwania. Myślę więc, że przyjęty przeze mnie opis zadowoli i tych, którzy chcą z relacji wyciągnąć korzyści dla swych wypadów motocyklowych i tych, którzy pragną umieścić to miejsce w swych planach podróżniczych dotyczących odwiedzenia ciekawych miejsc.

Na wstępie trochę wiedzy encyklopedycznej. Harz to masyw górski leżący w środkowych Niemczech na obszarze trzech landów Dolnej Saksonii, Saksonii-Anhalt i Turyngii (do 1990 roku przebiegała przez jego obszar granica pomiędzy RFN i NRD). Najwyższym szczytem masywu jest Brocken (1142 m n.p.m.). Niestety nie jest on dostępny dla zmechanizowanych, więc widzieliśmy go tylko z daleka.


Motocyklowy raj

Harz jest naprawdę stworzony dla motocyklistów. Turyści motocyklowi z całą pewnością docenią te góry za ich urok, ale przede wszystkim możliwość czerpania przyjemności z jazdy po winklach. Co tu dużo mówić, niemieckie drogi pozwalają na naprawdę wielką dozę przewidywalności, że nic nas w ich stanie nie zaskoczy tuż za zakrętem. Stan dróg, nawet tych położonych na bocznych trasach, wzbudza fascynację. Drogi równe, bez dziur. Tylko w jednym miejscu natknęliśmy się na trochę pofalowany ich fragment, ale już z daleka fakt ten był sygnalizowany.
W całych górach wytyczonych jest wiele tras dla motocyklistów i żadnym problemem nie jest zdobycie mapki obrazujących ich przebieg i opracowanie na ich podstawie własnych tras przejazdów.
Nic więc dziwnego, że jest to miejsce, w którym motocykliści mogą wręcz czuć się uprzywilejowanymi użytkownikami dróg. Stąd ilość motocykli, którą w Polsce obserwuje się tylko w trakcie zlotów. Szczególnie popularne wśród braci motocyklowej są dwa miejsca: Kyffhäuser Bergrennstrecke i Torfhaus.
Kyffhäuser Bergrennstrecke to trasa dojazdowa do Kyffhäuser Denkmal. Na odcinku 4,5 km znajduje się 36 zakrętów, z których nie jeden pozwala na zwrot trasy o prawie 180 stopni. Mówiąc krótko, jeśli ktoś ma ochotę "zamknąć" swoje opony to jest to na prawdę dobre do tego miejsce. Pozwala ono potrenować prowadzenie motocykla. Z drugiej strony uczy ono też respektu i pozwala ocenić swoje rzeczywiste umiejętności. Ich brak połączony z brawurą zostaje szybko zweryfikowany. Sami byliśmy świadkami sprzątania jezdni po koledze, którego maszyna wypluła płyny w trakcie upadku. Powiem szczerze, że sam nawet nie spodziewałem się, że potrafię tak bardzo złożyć mój nie mały zresztą motocykl. I tak daleko mi było do Grzegorza, który odjeżdżał mi za każdym razem. Jednakże każde zbliżenie do osi jezdni zapalało mi lampkę, aby ochłonąć w tych emocjach.

Torfhaus jest natomiast miejscem spotkań motocyklistów z widokiem na Brocken. Jest to obowiązkowy punkt w trakcie każdej wycieczki motocyklowej w Harzu. No i można zjeść to co Niemcy mają najgorszego czyli currywurst (parówkę obsypaną curry). Doświadczenie jedyne w swoim rodzaju, ale trzeba je przeżyć choć raz. Ja posiłek ten traktuję jako symbol dzisiejszych Niemiec i szczerze mówiąc nie mogę go sobie z tego powodu odmówić.  








Poniżej link do nagrania Grzegorza z naszego wyjazdu

Harz - nagranie Grzegorza

W powrotnej drodze, w Berlinie, Grzegorz prowadzi do Spinner-Brücke. Miejsca spotkań berlińskich motocyklistów. Miejsce bardzo sympatyczne. Można obejrzeć dużo ciekawych maszyn, przejrzeć tablicę ogłoszeń i zjeść smaczne jedzonko.


Urokliwe miejsca
Oprócz walorów motocyklowych, Harz zapewnia również moc atrakcji turystycznych. 
Dużo tu urokliwych miasteczek, w których łatwo dojrzeć niemiecki "ordung". W szczególności polecam odwiedzenie Goslar z jego starówką zabudowaną budynkami w formule "muru pruskiego" oraz pałacem Cesarza Wilhelma II (Keiserhaus Goslar). 

















Podobną zabudowę można zobaczyć jeszcze w Wernigerode i Stolbergu. W Wernigerode duże zainteresowanie wzbudza Rathaus.




W Wernigerode warto zwiedzić zamek, który króluje swoją bryłą nad tym miasteczkiem. Szczególnie interesujące są detale budynków. 



















Na końcu Kyffhäuser Bergrennstrecke znajduje się Kyffhäuser Denkmal.
Obiekt powstał na fali emocji towarzyszących zjednoczeniu Niemiec w 1871 roku. Każdy region i miasto w Niemczech stawiało sobie za cel wybudowanie obiektu, który upamiętniałby to wydarzenie. Jednocześnie stanowiły one odzwierciedlenie rosnącego w narodzie niemieckim ducha germańskości i potęgi Niemiec. Uosobieniem tego dla współczesnych był cesarz Wilhelm Wielki, który porównywany był z władającym w XII wieku Fryderykiem I Barbarossą cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Niestety mieliśmy pecha i pomnik był w trakcie renowacji. Zostaliśmy jednak przy kasie poinformowani, że jeśli zachowamy bilet i zjawimy się w tym miejscu za dwa lata, to będziemy mogli już odnowiony obiekt zwiedzać za darmo. Ot niemiecki ordung. 
Na szczycie oprócz pomnika znajdują się jeszcze ruiny zamku Fryderyka I Barbarossy oraz najgłębsza na świecie studnia (176 m). Można do niej zerknąć, a i wrzucić kamień. Z tym, że - i tu niespodzianka - kamień trzeba kupić, do czego służy specjalny automat. Kamień tylko za 0,50 euro, w promocji 5 za 2 euro. Niestety, wszystko było tak posprzątane, że swobodnie leżących kamieni nie uraczysz.
























W Harzu można też natknąć się na perełki inżynierii wodnej w postaci licznych zapór i mostów. 



Nie można też zapomnieć o wspaniałych widokach





Podróż okazała się bardzo przyjemna. Miejsce wspaniałe i towarzystwo niepoślednie. Maszyny spisywały się wyśmienicie. Była co prawda jedna "parkingówka", ale skończyło się tylko na lekkim uszkodzeniu klamki hamulca, bez konsekwencji dla dalszej jazdy. Łącznie w ciągu czterech dni przejechałem 1.500 km. W trakcie wyjazdu testowi poddane zostały świeżo zakupione buty Probiker Traveler. Jak na swoją cenę (ok. 200 zł) spisały się całkiem nieźle. Co prawda pogoda oszczędziła nam deszczu, ale buty okazały się wygodne i do jazdy i do chodzenia.
I jeszcze jedna zaleta. Pomimo odległości ok. 500 km od Piły, dzięki przelotowym autostradom, są to chyba najbliższe "czasowo" nam góry.

https://maps.google.com/maps/ms?msid=212502022398246553712.0004c75203de0092e2a9d&msa=0