Nowy rok nadszedł, a zaległości wciąż nie nadrobione. Cały czas pozostają w redakcji opisu wyjazdów na Litwę, Łotwę i do Estonii z 2012 roku, do Toskanii z 2013 i 2014 roku oraz na Kretę z 2014 roku. Może w tym roku się uda.
Plany na 2015. Związane przede wszystkim ze startami w biegach i przy okazji trochę turystyki. Najbliższy wyjazd na maraton do Rzymu w marcu. Może uda się na bieżąco coś zrelacjonować.
środa, 4 lutego 2015
wtorek, 11 listopada 2014
VIII Bieg Niepodległości - Piła 11.11.2014
Jak uczcić Święto Niepodległości. Najlepiej aktywnie.
W Pile taką okazję dał VIII Bieg Niepodległości w ramach powiatowej akcji Biegaj z nami. W tym roku było to kilka biegów. Ja wziąłem udział w ostatnim. Trasa może nie za długa - 5,6 km - ale miała być poniekąd sprawdzianem przed zakończeniem sezonu.
Ubieram się w barwy narodowe. Czerwona koszulka z długim rękawem a na to biała. No i na ramiona jeszcze flaga.
W biurze biegu spotykam znajomych i razem udajemy się na start. Zresztą biegnie dużo znajomych.
Punktualnie o 11.00 rusza bieg. Narzucam sobie planowane tempo minus 3 sek. Kilometry mijają szybko. W połowie trasy podbieg, lekkie zwolnienie. Później udaje się przyspieszyć, lecz na jakieś 800 m przed metą łapie mnie kolka. Śniadanie było jednak za ciężkie jak na planowane tempo biegu. Przed metą ściągam flatę i z drugim biegaczem wspólnie przebiegamy z rozpostartą flagą przez metę. Czas brutto 24:34. Miejsce 102, M-92.
Należy jeszcze powiedzieć, że dla pierwszych 400 osób były medale, a na wszystkich czekał poczęstunek w postaci rogali świętomarcińskich.
Chyba zresztą przestajemy wstydzić się barw narodowych. Tak wyglądał nasz blok.
W Pile taką okazję dał VIII Bieg Niepodległości w ramach powiatowej akcji Biegaj z nami. W tym roku było to kilka biegów. Ja wziąłem udział w ostatnim. Trasa może nie za długa - 5,6 km - ale miała być poniekąd sprawdzianem przed zakończeniem sezonu.
Ubieram się w barwy narodowe. Czerwona koszulka z długim rękawem a na to biała. No i na ramiona jeszcze flaga.
W biurze biegu spotykam znajomych i razem udajemy się na start. Zresztą biegnie dużo znajomych.
Punktualnie o 11.00 rusza bieg. Narzucam sobie planowane tempo minus 3 sek. Kilometry mijają szybko. W połowie trasy podbieg, lekkie zwolnienie. Później udaje się przyspieszyć, lecz na jakieś 800 m przed metą łapie mnie kolka. Śniadanie było jednak za ciężkie jak na planowane tempo biegu. Przed metą ściągam flatę i z drugim biegaczem wspólnie przebiegamy z rozpostartą flagą przez metę. Czas brutto 24:34. Miejsce 102, M-92.
Należy jeszcze powiedzieć, że dla pierwszych 400 osób były medale, a na wszystkich czekał poczęstunek w postaci rogali świętomarcińskich.
Chyba zresztą przestajemy wstydzić się barw narodowych. Tak wyglądał nasz blok.
15. Poznań Maraton - 12.10.2014
I nadszedł czas by ponownie zmierzyć się z maratonem. Tym razem blisko Piły, bo w Poznaniu. Trochę wkurzający jest system odbioru pakietów startowych. Dlaczego przyjezdni nie mogą go odebrać w dniu startu? Tak samo zresztą dzieje się w przypadku półmaratonu. Powoduje to, że trzeba dwa razy jechać do Poznania - raz po pakiet, a dzień lub dwa później na sam bieg. Pozostaje jeszcze opcja poproszenia kogoś o odbiór pakietu.
Tak więc w piątek po pracy planuję jazdę do Poznania. Siła wyższa zaczyna dawać znaki. Planuję jazdę motorem. Powinno być szybciej, bo łatwiej się przecisnąć przez poznańskie korki, tym bardziej, że odbiór pakietów ma miejsce na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, a więc w samym centrum miasta.
Niestety jeszcze w Pile całkowicie pada mi akumulator. Co prawda na pych jeszcze motocykl odpala, ale postanawiam nie ryzykować i mieć problemy w Poznaniu z odpaleniem.
Jadę samochodem i w ten sposób tracę, zamiast 4,5 -5 godzin, całe 6.
Start zaplanowano na godzinę 9.00. Oznacza to wczesną pobudkę i wyjazd po 6.00. Droga pusta więc jedzie się dobrze. Przed Poznaniem staję na Orlenie. Siku i kawa na pobudzenie. Nie tylko ja mam ten pomysł. Na stacji praktycznie sami biegacze.
Na linię startu docieram parę minut po 8. Trochę za szybko. Taktykę biegu zapisuję na ręku, coby co jakiś czas zerkać i korygować bieg. Depozyt i przez pół godziny się szlajam wokół strefy startu. Następnym razem trzeba wyjechać 15 min. później.
Na pięć minut przed startem niby jestem gotowy, ale przypominam sobie o włączeniu zegarka. Germin w normalnych warunkach powinien się spokojnie ustawić. Teraz jednak szuka tych satelitów i szuka i znaleźć nie może. Strzał startera. No i klops, trzeba ruszyć a nie ma czym mierzyć tempa. Dopiero po ok. 500 m zegarek znalazł satelitę i rozpocząłem pomiar.
Założenie biegu zejść poniżej 4 godzin.
Początek trasy ok. Na pewno dużą atrakcją było przebiegnięcie po płycie boiska na Stadionie Lecha Poznań. Właśnie po przekątnej boiska organizatorzy wymyślili sobie przebieg trasy. A ponieważ wypadało to na 6 km, raczej wszystkie osoby mogły cieszyć się tym widokiem, nie czując jeszcze bólu.
W dobrym tempie - trochę szybszym od zakładanego - docieram na 30 km. Czas: trochę ponad 2:47 godziny. W tym momencie pojawia się klasyczna ściana. Ale tym razem szok. Zaczyna się od kurczy, które pomimo ich rozciągania w żaden sposób nie ustępują. Nogi blokują się. Biegnę 100 m i stop - znów kurcz. Pozostaje marsz. I tak na zmianę 100 m biegu i 100 m marszu. W ten sposób pokonuję ostatnie 10 km. Inaczej nie dałem rady. Może założenie tempa na 4 godziny było zbyt optymistyczne. Na metę docieram z czasem netto 4:19:18. Niby poprawa życiówki, ale nie jestem do końca zadowolony. Ostatnie 12 km biegłem 1,5 godziny i tu wystąpiła cała strata. Założenie na przyszłość: trzymać się tempa i nie spieszyć się z nadrabianiem czasu.
Na mecie przykra niespodzianka. Makaron jest potwornie tłusty. Praktycznie po połowie porcji przestaję jeść. Dobrze, że udało się dorwać jeszcze rodzynki.
Teraz z perspektywy czasu jednak pozytywnie oceniam bieg. Mimo wszystko 13 minut poprawy to niemało. Po drugie kolejne doświadczenia. W szczególności jedno. Zegarek włączaj na długo przed startem. Zajęte miejsce 3722, M-40 - 710. Aha, trasa trudniejsza od warszawskiej z uwagi na kilka podbiegów.
Tak więc w piątek po pracy planuję jazdę do Poznania. Siła wyższa zaczyna dawać znaki. Planuję jazdę motorem. Powinno być szybciej, bo łatwiej się przecisnąć przez poznańskie korki, tym bardziej, że odbiór pakietów ma miejsce na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, a więc w samym centrum miasta.
Niestety jeszcze w Pile całkowicie pada mi akumulator. Co prawda na pych jeszcze motocykl odpala, ale postanawiam nie ryzykować i mieć problemy w Poznaniu z odpaleniem.
Jadę samochodem i w ten sposób tracę, zamiast 4,5 -5 godzin, całe 6.
Start zaplanowano na godzinę 9.00. Oznacza to wczesną pobudkę i wyjazd po 6.00. Droga pusta więc jedzie się dobrze. Przed Poznaniem staję na Orlenie. Siku i kawa na pobudzenie. Nie tylko ja mam ten pomysł. Na stacji praktycznie sami biegacze.
Na linię startu docieram parę minut po 8. Trochę za szybko. Taktykę biegu zapisuję na ręku, coby co jakiś czas zerkać i korygować bieg. Depozyt i przez pół godziny się szlajam wokół strefy startu. Następnym razem trzeba wyjechać 15 min. później.
Na pięć minut przed startem niby jestem gotowy, ale przypominam sobie o włączeniu zegarka. Germin w normalnych warunkach powinien się spokojnie ustawić. Teraz jednak szuka tych satelitów i szuka i znaleźć nie może. Strzał startera. No i klops, trzeba ruszyć a nie ma czym mierzyć tempa. Dopiero po ok. 500 m zegarek znalazł satelitę i rozpocząłem pomiar.
Założenie biegu zejść poniżej 4 godzin.
Początek trasy ok. Na pewno dużą atrakcją było przebiegnięcie po płycie boiska na Stadionie Lecha Poznań. Właśnie po przekątnej boiska organizatorzy wymyślili sobie przebieg trasy. A ponieważ wypadało to na 6 km, raczej wszystkie osoby mogły cieszyć się tym widokiem, nie czując jeszcze bólu.
W dobrym tempie - trochę szybszym od zakładanego - docieram na 30 km. Czas: trochę ponad 2:47 godziny. W tym momencie pojawia się klasyczna ściana. Ale tym razem szok. Zaczyna się od kurczy, które pomimo ich rozciągania w żaden sposób nie ustępują. Nogi blokują się. Biegnę 100 m i stop - znów kurcz. Pozostaje marsz. I tak na zmianę 100 m biegu i 100 m marszu. W ten sposób pokonuję ostatnie 10 km. Inaczej nie dałem rady. Może założenie tempa na 4 godziny było zbyt optymistyczne. Na metę docieram z czasem netto 4:19:18. Niby poprawa życiówki, ale nie jestem do końca zadowolony. Ostatnie 12 km biegłem 1,5 godziny i tu wystąpiła cała strata. Założenie na przyszłość: trzymać się tempa i nie spieszyć się z nadrabianiem czasu.
Na mecie przykra niespodzianka. Makaron jest potwornie tłusty. Praktycznie po połowie porcji przestaję jeść. Dobrze, że udało się dorwać jeszcze rodzynki.
Teraz z perspektywy czasu jednak pozytywnie oceniam bieg. Mimo wszystko 13 minut poprawy to niemało. Po drugie kolejne doświadczenia. W szczególności jedno. Zegarek włączaj na długo przed startem. Zajęte miejsce 3722, M-40 - 710. Aha, trasa trudniejsza od warszawskiej z uwagi na kilka podbiegów.
wtorek, 5 sierpnia 2014
VI Maraton Karkonoski - 2.08.2014
Minęły dwa tygodnie i kolejny bieg w górach przede mną.
Tym razem wyjazd w Karkonosze. Na 2 sierpnia 2014 przewidziano 6. edycje Maratonu Karkonoskiego. Po przeżyciach poprzedniego biegu, ale i zdobytych doświadczeniach, ten start miał pokazać czy angażować się dalej w biegi górskie, czy też sobie ten temat w ogóle odpuścić.
Do Szklarskiej Poręby przyjechaliśmy dzień wcześniej. Przy dolnej stacji wyciągu na Szrenicę odebraliśmy pakiet startowy z tradycyjną koszulką, numerem i gadżetem od sponsora.
Impreza składała się z dwóch biegów. Tradycyjnego ultra na 46 km i nowego mini na 16 km. Ja startuję na tym krótszym dystansie.
Ultrasi ruszyli na trasę w sobotę o 8.30 a mini o 9.30. To pierwsza pozytywna wiadomość w porównaniu z Lądkiem, gdzie start był o 11.00. Znów zapowiadają upały, ale o 9.30 jest fajna temperatura. Tym razem jestem też dobrze zaopatrzony w wodę, napoje i odżywki.
Pierwszy podbieg to trasa Puchatka. Praktycznie pokonuję ją marszem. Tym razem nie forsuję się na początku. Dalej zasada jest prosta. To co w górę - marszem, odcinki płaskie i w dół - biegiem.
Do Schroniska pod Łabskim Szczytem docieram po 35 min, a do zakrętu trasy przy Śnieżnych Kotłach po 1:05 godz. To dobry prognostyk przed trasą ultra, bo w tym miejscu ustalono dla ultrasów limit czasu 1:20 godz. Od tego miejsca zaczyna się odcinek płaski czerwonym szlakiem, a później powrót zielonym Mokrą Drogą z powrotem do Schroniska pod Łabskim Szczytem. Stamtąd to już w dół.
Na metę po 16 km docieram po 1:57:14 godz. jako 59 zawodnik.
Wrażenia z biegu pozytywne. Morale podbudowane.
Bieg Ultra wygrał Maciej Dawidziuk, pokonując dystans 46 km w niecałe 4 godziny. Kurka, takiego czasu to ja nie mam na płaskim a tu gościu śmiga po górach ze średnią 4,58 min/km.
Tym razem wyjazd w Karkonosze. Na 2 sierpnia 2014 przewidziano 6. edycje Maratonu Karkonoskiego. Po przeżyciach poprzedniego biegu, ale i zdobytych doświadczeniach, ten start miał pokazać czy angażować się dalej w biegi górskie, czy też sobie ten temat w ogóle odpuścić.
Do Szklarskiej Poręby przyjechaliśmy dzień wcześniej. Przy dolnej stacji wyciągu na Szrenicę odebraliśmy pakiet startowy z tradycyjną koszulką, numerem i gadżetem od sponsora.
Impreza składała się z dwóch biegów. Tradycyjnego ultra na 46 km i nowego mini na 16 km. Ja startuję na tym krótszym dystansie.
Ultrasi ruszyli na trasę w sobotę o 8.30 a mini o 9.30. To pierwsza pozytywna wiadomość w porównaniu z Lądkiem, gdzie start był o 11.00. Znów zapowiadają upały, ale o 9.30 jest fajna temperatura. Tym razem jestem też dobrze zaopatrzony w wodę, napoje i odżywki.
Pierwszy podbieg to trasa Puchatka. Praktycznie pokonuję ją marszem. Tym razem nie forsuję się na początku. Dalej zasada jest prosta. To co w górę - marszem, odcinki płaskie i w dół - biegiem.
Do Schroniska pod Łabskim Szczytem docieram po 35 min, a do zakrętu trasy przy Śnieżnych Kotłach po 1:05 godz. To dobry prognostyk przed trasą ultra, bo w tym miejscu ustalono dla ultrasów limit czasu 1:20 godz. Od tego miejsca zaczyna się odcinek płaski czerwonym szlakiem, a później powrót zielonym Mokrą Drogą z powrotem do Schroniska pod Łabskim Szczytem. Stamtąd to już w dół.
Na metę po 16 km docieram po 1:57:14 godz. jako 59 zawodnik.
Wrażenia z biegu pozytywne. Morale podbudowane.
Bieg Ultra wygrał Maciej Dawidziuk, pokonując dystans 46 km w niecałe 4 godziny. Kurka, takiego czasu to ja nie mam na płaskim a tu gościu śmiga po górach ze średnią 4,58 min/km.
Na drugi dzień wybraliśmy się do Jakuszyc, żeby pochodzić trochę po Izerach. Pogoda zapowiadała się dobrze. Czerwonym szlakiem, przez Samolot, dotarliśmy do Schroniska Orle. Wypijamy herbatkę, piwo i zjadamy pucharek jagód. Patrzy na mapę. Spacer na Polanę Izerską do Chaty Górzystów wydaję się zbyt długi więc wybieramy drogę wokół Granicznika. Zielonym Szlakiem wracamy do Schroniska Orle na naleśnika i pierogi z jagodami. Cały czas podziwiamy piękno i urok tego terenu oraz wspaniałe krajobrazy i przyrodę. Mijamy wielu rowerzystów. Po dotyczących nas zdarzeniach sprzed dwóch tygodni przeraża nas jak wielu z nich jeździ bez kasku.
Gdy wyruszamy ze schroniska niebo przeszywa pierwszy grzmot. Po pewnym czasie moczą nas pierwsze krople deszczu, a później zostajemy zmoczeni ulewą. Docieramy do drewnianej wiaty - szałasu i podobnie jak wiele innych osób chronimy się w nim przed nawałnicą. Kiedy ona ucicha, ruszamy na Polanę Jakuszycką.
W planie ostatniego dnia pobytu mamy wjazd wyciągiem na Szrenicę i spacer "promenadą czerwonego szlaku" na zachód, na le czas nam pozwoli. Po powolnym wjeździe na szczyt ruszamy w kierunku Trzech Świnek, Łabskiego Szczytu i Śnieżnych Kotłów. Przy okazji mogę Beatce pokazać którędy przebiegała trasa biegu MINI. Po godzinie docieramy do Śnieżnych Kotłów, delektujemy się widokami i wracamy, bo niestety czas na goni, a i na horyzoncie zaczęły pojawiać się niepokojąco czarne chmury. Trochę przytłacza nas też zagęszczenie turystów na tym karkonoskim szlaku, bez porównania większe niż w Izerach. W schronisku na Szrenicy zatrzymujemy się tylko w celach fizjologicznych i pędem biegniemy do wyciągu, aby z niego skorzystać i w powrotnej drodze. Okazuje się, że zjazd kolejką w części obejmującej Puchatka jest wolniejszy niż mój bieg w trakcie zawodów. Na parking docieramy na dwie minuty przed upływem czasu wskazanym na bilecie parkingowym.
W powrotnej drodze nie potrafimy sobie jeszcze odmówić wizyty w Pałacu Łomnica. Jedziemy tam zarówno w celach zaopatrzeniowych (dżemy i żele z folwarcznej kuchni) oraz czysto konsumpcyjnych (obiad w starej stajni). Wyjeżdżamy o 16.30 i o dziwo do domu docieramy dokładnie po 6 godzinach.
czwartek, 31 lipca 2014
DFBG 2014 - Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich 17-20.07.2014
Może ktoś pomyśli, że start w biegu górskim, to jak na moje doświadczenie biegacza zbyt szybko. I niestety okazuje się to racją, ale o tym za chwilę.
Już w zeszłym roku "wyczaiłem" tą imprezę biegową, ale wtedy to i ja miałem świadomość, że udział w niej byłby przedwczesny. Dlatego odłożyłem start w tej imprezie na ten rok. Wiedziałem, że będę miał już za sobą start w maratonie, więc start na jakimś krótszym dystansie w biegu górskim może się udać.
DFBG jest imprezą przewidzianą przede wszystkim dla ultrasów. Trasy na 240 km, 130 km i 110 km są poza moim zasięgiem. Organizatorzy przewidzieli jednak również krótsze trasy na 42 km, 21 km i 10 km. Uznałem, że skoro maraton mam za sobą to start w półmaratonie będzie na pierwszy raz optymalny.
Ponieważ "Złoty półmaraton" miał odbyć się w sobotę 19.07. uznaliśmy, że wyjazd w piątek i powrót w poniedziałek pozwoli nam zwiedzić trochę Kotliny Kłodzkiej w weekend. Do Lądka Zdroju - miejsca startu - docieramy wieczorem. Nocleg z Grouponu mamy w "Zamku na Skale" w Trzebieszowicach. Szybko zajmujemy pokój i jedziemy do Lądka, do biura zawodów. Impreza jest nieźle zorganizowana. Dostajemy informator z opracowanym przebiegiem wszystkich tras i ich profili. Pakiet oprócz tradycyjnej koszulki zawierał jeszcze karnet na zniżki w obiektach w Lądku.
Ranek przynosi niecierpliwość przed startem z dozą ekscytacji. Oj głupi, jeszcze nie wiedziałem co mnie czeka. Start przewidziano na godzinę 11.30 i to okazało się brzemienne w skutkach. Dzień był bowiem potwornie ciepły. W chwili startu było ponad 30 st. C, a pot lał się strugami. Pada komenda startu. Na początku staram się trzymać tempo - niestety to przypisane do biegu płaskiego. Zaczyna się pierwsza górka i stromy podbieg. Myślę sobie, że tempo 8 km/h będzie dobre. Ależ głupie założenie. Najpierw wyprzedzam wiele osób, ale w końcu muszę bieg zamienić na marsz. Wreszcie szczyt i teraz zbieg. Dobrze, że znaczna część trasy przebiega lasami. Ósmy kilometr z punktem odżywczym osiągam po 1,5 godziny. Ledwo zipię, temperatura robi swoje. Biegnę dalej, coraz częściej jednak idę; pod górkę to już ledwo, ledwo. Na 19 kilometrze kryzys. Wypada górka, więc co jakieś 200 metrów muszę przystawać. Wreszcie padam i nie mam siły brnąć dalej. Niby do mety pozostało tylko 1,5 km ale przechodzę prawdziwy udar cieplny. Niestety odpoczynek powoduje, że mija limit czasu (3,5 h) w jakim powinienem znaleźć się na mecie.
Mój pierwszy górski start obnażył więc całkowity brak doświadczenia. Bieg górski to nie bieg płaski i tu założenia tempa z biegu płaskiego nie mają żadnego odniesienia. Tempo na początku było zbyt duże. W konsekwencji tego trzeba też przewidzieć nawadnianie i odżywianie na czas trwania tego biegu. Ja przygotowałem się jak na półmaraton płaski. Upał spowodował też odwodnienie. Ja miałem 1,5 litra wody, ale to na tak ciepły dzień było zbyt mało. Trzeba te doświadczenia wykorzystać następnym razem. Na pewno wrócę tu w przyszłym roku zmierzyć się ponownie z tym dystansem.
Na drugi dzień jedziemy w okolice Stronia Śląskiego, gdzie planujemy przejechać dwie trasy rowerowe. Wcześniej w internecie znajduję, a na miejscu w informacji turystycznej otrzymuję świetnie opracowany przewodnik z trasami rowerowymi. Wybieramy łatwą trasę 5722. Początkowo podjazd asfaltem przez 6 km. później fajna ścieżka szutrowa przez las, a następnie asfaltem dalej w dół. Na 3 km przed końcem ścieżki zdarzył się nam jednak upadek. I w tym miejscu o tym na tyle ..............
Już w zeszłym roku "wyczaiłem" tą imprezę biegową, ale wtedy to i ja miałem świadomość, że udział w niej byłby przedwczesny. Dlatego odłożyłem start w tej imprezie na ten rok. Wiedziałem, że będę miał już za sobą start w maratonie, więc start na jakimś krótszym dystansie w biegu górskim może się udać.
DFBG jest imprezą przewidzianą przede wszystkim dla ultrasów. Trasy na 240 km, 130 km i 110 km są poza moim zasięgiem. Organizatorzy przewidzieli jednak również krótsze trasy na 42 km, 21 km i 10 km. Uznałem, że skoro maraton mam za sobą to start w półmaratonie będzie na pierwszy raz optymalny.
Ponieważ "Złoty półmaraton" miał odbyć się w sobotę 19.07. uznaliśmy, że wyjazd w piątek i powrót w poniedziałek pozwoli nam zwiedzić trochę Kotliny Kłodzkiej w weekend. Do Lądka Zdroju - miejsca startu - docieramy wieczorem. Nocleg z Grouponu mamy w "Zamku na Skale" w Trzebieszowicach. Szybko zajmujemy pokój i jedziemy do Lądka, do biura zawodów. Impreza jest nieźle zorganizowana. Dostajemy informator z opracowanym przebiegiem wszystkich tras i ich profili. Pakiet oprócz tradycyjnej koszulki zawierał jeszcze karnet na zniżki w obiektach w Lądku.
Ranek przynosi niecierpliwość przed startem z dozą ekscytacji. Oj głupi, jeszcze nie wiedziałem co mnie czeka. Start przewidziano na godzinę 11.30 i to okazało się brzemienne w skutkach. Dzień był bowiem potwornie ciepły. W chwili startu było ponad 30 st. C, a pot lał się strugami. Pada komenda startu. Na początku staram się trzymać tempo - niestety to przypisane do biegu płaskiego. Zaczyna się pierwsza górka i stromy podbieg. Myślę sobie, że tempo 8 km/h będzie dobre. Ależ głupie założenie. Najpierw wyprzedzam wiele osób, ale w końcu muszę bieg zamienić na marsz. Wreszcie szczyt i teraz zbieg. Dobrze, że znaczna część trasy przebiega lasami. Ósmy kilometr z punktem odżywczym osiągam po 1,5 godziny. Ledwo zipię, temperatura robi swoje. Biegnę dalej, coraz częściej jednak idę; pod górkę to już ledwo, ledwo. Na 19 kilometrze kryzys. Wypada górka, więc co jakieś 200 metrów muszę przystawać. Wreszcie padam i nie mam siły brnąć dalej. Niby do mety pozostało tylko 1,5 km ale przechodzę prawdziwy udar cieplny. Niestety odpoczynek powoduje, że mija limit czasu (3,5 h) w jakim powinienem znaleźć się na mecie.
Mój pierwszy górski start obnażył więc całkowity brak doświadczenia. Bieg górski to nie bieg płaski i tu założenia tempa z biegu płaskiego nie mają żadnego odniesienia. Tempo na początku było zbyt duże. W konsekwencji tego trzeba też przewidzieć nawadnianie i odżywianie na czas trwania tego biegu. Ja przygotowałem się jak na półmaraton płaski. Upał spowodował też odwodnienie. Ja miałem 1,5 litra wody, ale to na tak ciepły dzień było zbyt mało. Trzeba te doświadczenia wykorzystać następnym razem. Na pewno wrócę tu w przyszłym roku zmierzyć się ponownie z tym dystansem.
Na drugi dzień jedziemy w okolice Stronia Śląskiego, gdzie planujemy przejechać dwie trasy rowerowe. Wcześniej w internecie znajduję, a na miejscu w informacji turystycznej otrzymuję świetnie opracowany przewodnik z trasami rowerowymi. Wybieramy łatwą trasę 5722. Początkowo podjazd asfaltem przez 6 km. później fajna ścieżka szutrowa przez las, a następnie asfaltem dalej w dół. Na 3 km przed końcem ścieżki zdarzył się nam jednak upadek. I w tym miejscu o tym na tyle ..............
poniedziałek, 12 maja 2014
III Muzyczna Ćwiartka - Piła 01.05.2014 r.
I tak oto minął rok od pierwszego startu w zawodach biegowych. Jest więc pierwsza okazja do weryfikacji postępów. Dodatkowo organizatorzy wprowadzili czynnik motywujący w postaci medali w z różnych "kruszców". Pierwsza setka otrzymywała na mecie medal "złoty", druga setka "srebrny", a pozostali "brązowy". Byłem więc wystarczająco "umotywowany do przebiegnięcia 10 km (i przespacerowania honorowo 500 metrów, aby razem wyszedł ćwierćmaraton). Start zaliczam do udanych. 156 miejsce w stawce ponad 550 osób. Czas netto 00:46:10.
niedziela, 11 maja 2014
Warszawa na dwa podejścia
Korzystając z wyjazdów do Warszawy związanych z koncertem Sixto Rodrigueza oraz startem w II Orlen Maratonie postanowiliśmy wydłużyć nasze wyjazdy, aby choć trochę "liznąć stolycy". W ten sposób udało nam się powłóczyć trochę po Łazienkach Królewskich i przy okazji zobaczyć Belweder, ulicą Nowy Świat przejść na Krakowskie Przedmieście z Pałacem Prezydenckim oraz pospacerować po Starym Mieście. Oczywiście wszystko to ze świadomością pobieżnego poznawania tych miejsc. Odwiedziliśmy też Stadion Narodowy, przy którym rozlokowano biuro zawodów II Orlen Maratonu. Duże wrażenie wywarło na nas również zwiedzanie Muzeum Powstania Warszawskiego. Bardzo Polecamy odwiedzenie tego miejsca. Muzeum jest bardzo nowoczesne i multimedialne, a ekspozycje docierają swym wyrazem do głębi. Radzimy też zarezerwować sporo czasu na zwiedzanie. Nam zajęło ono cztery godziny, choć na stronie internetowej muzeum wskazywano na dwie.
Spacerując trafiamy też przed radiową Trójkę na Myśliwiecką 3/5/7.
Z lokali gastronomicznych polecamy "Gaumarjos" z gruzińska kuchnią (w szczególności chinkali, czebureki i chaczapuri) przy ul. KEN oraz włoską restaurację Carpaccio - Cucina da Fabio na Nowym Mieście.
Całą wycieczkę rozłożyliśmy na dwa podejścia (30-31.03.2014 i 12-13.04.2014). Mamy jednak świadomość, że aby poznać wszystkie uroki i zabytki stolicy potrzebowalibyśmy znacznie więcej czasu.
Spacerując trafiamy też przed radiową Trójkę na Myśliwiecką 3/5/7.
Z lokali gastronomicznych polecamy "Gaumarjos" z gruzińska kuchnią (w szczególności chinkali, czebureki i chaczapuri) przy ul. KEN oraz włoską restaurację Carpaccio - Cucina da Fabio na Nowym Mieście.
Całą wycieczkę rozłożyliśmy na dwa podejścia (30-31.03.2014 i 12-13.04.2014). Mamy jednak świadomość, że aby poznać wszystkie uroki i zabytki stolicy potrzebowalibyśmy znacznie więcej czasu.
czwartek, 1 maja 2014
II Orlen Marathon - 13.04.2014
Minął tydzień od startu w półmaratonie w Poznaniu. W ubiegłym roku postanowiłem sobie, że na 40-te urodziny przebiegnę maraton. Start wypadł na dwa dni przed nimi -13.kwietnia 2014 roku w II Orlen Marathonie. W Warszawie wylądowaliśmy już w sobotę i dzień poświęciliśmy na zwiedzanie miasta. Pod koniec dnia udaliśmy się pod stadion narodowy, gdzie znajdowało się biuro zawodów. Pierwszy raz uczestniczę w tak dużej imprezie, ale wrażenie robi dobra organizacja. Słuchając bardziej doświadczonych biegaczy, można było utwierdzić się w tym przekonaniu. Widać, że główny sponsor i pozostali sponsorzy nie skąpią kasy na organizację. Przy okazji wszedłem na Stadion Narodowy, gdzie było pasta party. Makaron z Biedronki nie był najgorszy.
Start maratony zaplanowano na 9:00. Wstałem o 7:00. Zjadłem śniadanie. Niestety błędem - o czym przekonałem się później - było zjedzenie owoców i jogurtu z musli. O 8:00 wyszedłem z hotelu na autobus. Dobrze, że obserwowałem pasażerów, bo wsiadłem nie do linii, którą wcześniej planowałem jechać, lecz do tej którą jechało więcej osób w koszulkach sponsorskich imprezy. Dzięki temu dojechałem bezpośrednio pod sam stadion. Przebieralnia, zdanie ciuchów do depozytu i już jestem w swojej strefie startowej. Planowany bieg w czasie 4h30min. Nasi pacemakerzy podgrzewają atmosferę. Okazuje się, że nie tylko ja mam przed sobą pierwszy maraton. Strzał startera. Ruszamy. Dopiero po 6 minutach przebiegamy przez linię startu. W międzyczasie pozdrawiamy biegnących naprzeciw nas uczestników biegu na 10 km. Początkowo biegnie się spokojnie. Niestety na siódmym km odezwał się pęcherz, więc konieczny był "skok w bok". Do 21 km jakoś zleciało.Wtedy niestety przypomniało o sobie poranne śniadanie i to w najgorszej wersji czyli problemów żołądkowo - jelitowych. W ten sposób na 27 km musiałem odwiedzić toi-toia. Dogonienie moich peacemakerów zajęło mi 5 km. Kryzys pojawił się na jakimś 38 km. Drobny kurcz zatrzymał mnie na chwilę, ale nie poddałem się. Czas na mecie 4:38:36 brutto (4:32:43 netto ze średnim czasem 6:27 min/km). Jak na pierwszy raz myślę, że nieźle. Pod koniec biegu zrobiło się zimno, wiec na mecie trochę przemarzłem co skończyło się katarem. Nawet później zbytnio mnie nogi nie bolały, a i byłem w stanie jakoś funkcjonować.
Pewnym zgrzytem wydaje mi się oferowanie biegaczom na mecie grillowanej kiełbasy. Odbijała mi się przez cały dzień.
Teraz trzeba znaleźć kolejny cel.
Start maratony zaplanowano na 9:00. Wstałem o 7:00. Zjadłem śniadanie. Niestety błędem - o czym przekonałem się później - było zjedzenie owoców i jogurtu z musli. O 8:00 wyszedłem z hotelu na autobus. Dobrze, że obserwowałem pasażerów, bo wsiadłem nie do linii, którą wcześniej planowałem jechać, lecz do tej którą jechało więcej osób w koszulkach sponsorskich imprezy. Dzięki temu dojechałem bezpośrednio pod sam stadion. Przebieralnia, zdanie ciuchów do depozytu i już jestem w swojej strefie startowej. Planowany bieg w czasie 4h30min. Nasi pacemakerzy podgrzewają atmosferę. Okazuje się, że nie tylko ja mam przed sobą pierwszy maraton. Strzał startera. Ruszamy. Dopiero po 6 minutach przebiegamy przez linię startu. W międzyczasie pozdrawiamy biegnących naprzeciw nas uczestników biegu na 10 km. Początkowo biegnie się spokojnie. Niestety na siódmym km odezwał się pęcherz, więc konieczny był "skok w bok". Do 21 km jakoś zleciało.Wtedy niestety przypomniało o sobie poranne śniadanie i to w najgorszej wersji czyli problemów żołądkowo - jelitowych. W ten sposób na 27 km musiałem odwiedzić toi-toia. Dogonienie moich peacemakerów zajęło mi 5 km. Kryzys pojawił się na jakimś 38 km. Drobny kurcz zatrzymał mnie na chwilę, ale nie poddałem się. Czas na mecie 4:38:36 brutto (4:32:43 netto ze średnim czasem 6:27 min/km). Jak na pierwszy raz myślę, że nieźle. Pod koniec biegu zrobiło się zimno, wiec na mecie trochę przemarzłem co skończyło się katarem. Nawet później zbytnio mnie nogi nie bolały, a i byłem w stanie jakoś funkcjonować.
Pewnym zgrzytem wydaje mi się oferowanie biegaczom na mecie grillowanej kiełbasy. Odbijała mi się przez cały dzień.
Teraz trzeba znaleźć kolejny cel.
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Sugarman - Sixto Rodriguez
Miło połączyć turystykę z innymi formami rekreacji. W 2013 roku duże wrażenie emocjonalne wywarł na nas Sugarman - Sixto Rodriguez. Wszystko zaczęło się od filmu Searching for Sugarman, który dostał Oskara jako dokument. W ślad za tym podążyła muzyka. Do dziś się zastanawiam, jak to się stało, że przy takich utworach, nie jest on jednym tchem wymieniany obok np. Led Zeppelinów, Deep Purple. Dość późno dowiedzieliśmy się o jego koncertach w Polsce, no i niestety biletów nie udało się dostać na 28 i 29 marca. Na całe szczęście po jakimś czasie okazało się, że będzie jeszcze jeden dodatkowy koncert 31 marca. Tym razem jeszcze się załapaliśmy na bilety. A więc Warszawa przed nami. Aby nie jechać tylko na koncert połączyliśmy to ze zwiedzaniem naszej stolicy, ale o tym w innym poście.
Koncert nas nie zawiódł, choć być może oczekiwaliśmy bardziej żywiołowych reakcji widzów. My nie jesteśmy częstymi gośćmi takich imprez - można powiedzieć, że to nasz pierwszy koncert - ale i tak byliśmy jednymi z bardziej ożywionych osób. Może to miejsce przytłaczało ludzi. Sala Kongresowa chyba jednak nie służy budowaniu atmosfery koncertowej. Może też długi support.
Podsumowując można jednak stwierdzić, że warto było tam być.
Koncert nas nie zawiódł, choć być może oczekiwaliśmy bardziej żywiołowych reakcji widzów. My nie jesteśmy częstymi gośćmi takich imprez - można powiedzieć, że to nasz pierwszy koncert - ale i tak byliśmy jednymi z bardziej ożywionych osób. Może to miejsce przytłaczało ludzi. Sala Kongresowa chyba jednak nie służy budowaniu atmosfery koncertowej. Może też długi support.
Podsumowując można jednak stwierdzić, że warto było tam być.
7 Halfmarathon Poznań
Tym razem półmaraton w Poznaniu. Impreza co do ilości zawodników większa od pilskiej. Czas netto 1:45:47. Udało się więc poprawić ubiegłoroczny wynik z Piły o 1,5 min. i średnią biegu o 5 s., tj 5.00 min/km. Plan na koniec roku to 4.50 min/km. Zobaczymy jak to wyjdzie na Philipsie. A może dopiero na toruńskich Mikołajach.
poniedziałek, 30 września 2013
23. półmaraton Philipsa w Pile
I pierwszy półmaraton przebiegnięty. 8 września 2013 roku jest tą pamiętną datą. Czas 1:47:19 i 1056 miejsce. Pełne zadowolenie. Pogoda dopisała. Fajna atmosfera. Oczywiście wygrał Kenijczyk.
Na końcówce trochę opadłem z sił. Analiza przebiegu nakazuje wnioskować, że znów początek był ciut za szybki. No i temperatura miała niewątpliwie wpływ na końcowe zmęczenie. Od 15 km podczepiłem się pod innego, starszego ale na pewno bardziej doświadczonego biegacza, który podciągnął mnie z trzy kilometry. Za rok też na pewno wystartuję.
A i Mikołaj (siostrzeniec Beaty) ma swój udział w tym biegu. Jako wolontariusz rozdawał wodę i izotoniki na 10 kilometrze.
Na końcówce trochę opadłem z sił. Analiza przebiegu nakazuje wnioskować, że znów początek był ciut za szybki. No i temperatura miała niewątpliwie wpływ na końcowe zmęczenie. Od 15 km podczepiłem się pod innego, starszego ale na pewno bardziej doświadczonego biegacza, który podciągnął mnie z trzy kilometry. Za rok też na pewno wystartuję.
A i Mikołaj (siostrzeniec Beaty) ma swój udział w tym biegu. Jako wolontariusz rozdawał wodę i izotoniki na 10 kilometrze.
sobota, 7 września 2013
Drawieński Park Narodowy, czyli cudze chwalicie a swego nie znacie
Kolejny długi weekend stał się okazją do zorganizowania kilkudniowego wypadu za miasto. Oczywiście w grę wchodzi tylko łono natury. Ponieważ zostajemy pod urokiem chronionych terenów przyrody, naturalnym stało się zwrócenie naszej uwagi, na któryś z parków narodowych. Najbliżej nas położony jest Drawieński Park Narodowy, w którym już kiedyś mieliśmy okazję być, ale z uwagi na to, że poruszaliśmy się pieszo nie mieliśmy okazji, by poznać wszystkie jego uroki. Aby przyspieszyć tempo poruszania, a jednocześnie mieć możliwość swobodnego poruszania się po Parku, nasz wybór padł na rowery. Nie chcieliśmy też, przynajmniej tym razem, oglądać Parku od strony rzeki Drawy poprzez spływ tą rzeką. Tą opcję zostawiamy sobie na inną okazję.
Dokonany wybór lokalizacji determinował również wybór noclegu. W tym miejscu w grę może wchodzić tylko namiot lub agroturystyka. Liczących na "wypasiony" pensjonat lub hotel musimy zawieść. Tu tego nie znajdziecie. Z dwóch wcześniej wskazanych opcji wybieramy agroturystykę. Okazuje się, że wybrany termin i oczywista atrakcja jaką są spływy kajakowe spowodował, że o nocleg nie było łatwo. Ostatecznie rezerwujemy pokój w Zatomiu na agroturystyce Pyrlandia. Niestety z zaplanowanych dwóch nocy możliwe było zarezerwowanie tylko jednej nocy. A pogoda zapowiada się piękna.
W sobotę 17 sierpnia rano pakujemy rowery na dach samochodu i ruszamy do Parku. Dojazd zajmuje nam trochę ponad godzinę. Wjeżdżając do Parku zatrzymujemy się w Głusku. Tu znajduje się punkt informacyjny Parku. Przeglądamy materiały informacyjne i stwierdzamy, że w porównaniu z tym co już posiadamy, nie pojawiło się nic nowego. Pani z obsługi również nie wykazywała jakiegoś zbytniego entuzjazmu w udzielaniu informacji. Zawsze zastanawiało mnie dlaczego w takich punktach, które często są pierwszym punktem styku "obiekt - klient" nie znajdują się osoby zafascynowane swoim regionem, które nawet malkontenta potrafiłyby przekonać do poznania okolicy i jej atrakcji. W tym przypadku, gdyby nie nasza potrzeba wyrwania się z miasta, potrzeba ucieczki w zaciszne miejsce oraz nasze wewnętrzne przekonanie co do wartości tego miejsca i wcześniejszy z nim kontakt, moglibyśmy uznać, że nie będzie w okolicy nic ciekawego do poznania i zrezygnować ze zwiedzania.
W sobotę 17 sierpnia rano pakujemy rowery na dach samochodu i ruszamy do Parku. Dojazd zajmuje nam trochę ponad godzinę. Wjeżdżając do Parku zatrzymujemy się w Głusku. Tu znajduje się punkt informacyjny Parku. Przeglądamy materiały informacyjne i stwierdzamy, że w porównaniu z tym co już posiadamy, nie pojawiło się nic nowego. Pani z obsługi również nie wykazywała jakiegoś zbytniego entuzjazmu w udzielaniu informacji. Zawsze zastanawiało mnie dlaczego w takich punktach, które często są pierwszym punktem styku "obiekt - klient" nie znajdują się osoby zafascynowane swoim regionem, które nawet malkontenta potrafiłyby przekonać do poznania okolicy i jej atrakcji. W tym przypadku, gdyby nie nasza potrzeba wyrwania się z miasta, potrzeba ucieczki w zaciszne miejsce oraz nasze wewnętrzne przekonanie co do wartości tego miejsca i wcześniejszy z nim kontakt, moglibyśmy uznać, że nie będzie w okolicy nic ciekawego do poznania i zrezygnować ze zwiedzania.
Po pięciu minutach jesteśmy znów w samochodzie i jedziemy kolejne 13 km do Zatomia. Za Głuskiem droga radykalnie się zwęża i "dziurawieje". Tak, tak, stan dróg w okolicach Parku jest daleki od stanu niemieckich autostrad, czego jednak zdają się nie zauważać lokalni organizatorzy spływów, którzy busami z podczepionymi do nich przyczepami do przewozu kajaków pędzą po nich na złamanie karku.
Zatom jawi nam się sympatyczną, spokojną, wioską i to przekonanie nie opuści nas do końca pobytu.
Również Pyrlandia nas zaskakuje. Pomimo wcześniejszego zastrzeżenia, że pokój może być dostępny dopiero po godz. 14.00, tuż po przyjeździe o godz. 11.30 pokój zostaje nam udostępniony. Również warunki jak na agroturystykę całkiem komfortowe. Pokój wyposażony we wszelkie wygody Na piętrze sypialnia dla 6 osób, na dole pokój dzienny z aneksem kuchennym i łazienką. Wrzucamy swoje bagaże, oporządzamy rowery i wyruszamy w trasę.
Ruszamy z Zatomia zielonym szlakiem. Już na początku mamy problem ze znalezieniem początku szlaku. Zjazd z drogi asfaltowej w drogę polną jest praktycznie nieoznaczony, więc po przejechaniu kilkuset metrów i dogłębnej analizie mapy, musimy zawrócić. W końcu odnajdujemy właściwą drogę. Początkowo poruszamy się drogą polną, lecz wkrótce zamienia się ona w ścieżkę. Jazda jest utrudniona, a w wielu miejscach po prostu musimy prowadzić rowery. Ten wysiłek rekompensują widoki. Po nie całych dwóch kilometrach znów droga się rozszerza i możemy kontynuować jazdę. Szlak przebiega w pobliżu Drawy. My jedziemy górą, skrajem, czasami bardzo stromego urwiska, a dołem swe wody toczy rzeka.
Przy leśniczówce Międzybór wyjeżdżamy na szosę prowadzącą ze Starego Osieczna do Drawna. Ruszamy w kierunku na Drawno i opuszczamy DPN. Przed Niemieńskiem skręcamy w las ku pałacykowi myśliwskiemu, w którym aktualnie znajduje się Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawcy. Niestety okres wakacyjny powoduje, że obiekt możemy oglądać tylko zza płotu, gdyż wszystkie bramy są zamknięte na głucho.
Jedziemy dalej do Drawna. Po drodze mijamy w Chomętowie ruiny dworu z XVIII wieku.
Dojeżdżamy do Drawna, w którym zatrzymujemy się tylko po to by obejrzeć kościół z XV wieku, na prawdę skromne ruiny zamku Wedlów oraz odnowiony spichlerz. Drawno to najdalej na północ wysunięty punkt naszej wycieczki.
Zawracamy i czerwonym szlakiem udajemy się z powrotem na teren Drawieńskiego Parku Narodowego. Jeszcze tylko małe "odbicie" w bok do kolejnego pałacu myśliwskiego w Borowcu znajdującego się w posiadaniu Lasów Państwowych i już dojeżdżamy do Barnimia.
Pojawia się też pierwsza usterka sprzętu. Brukowane drogi, którymi się poruszamy, odbiły się brutalnie na przednim błotniku, przy którym nie wytrzymała śruba mocująca i błotnik zaczął strasznie stukać. Na całe szczęście zabrałem ze sobą "trytki" więc udało się w miarę szybko zneutralizować brzęczenie blachy. Już do końca jeździłem z tą prowizorką, ale na szczęście była to jedyna awaria.
Poruszamy się leśnymi duktami wzdłuż biegu Drawy. Gdyby nie kajakarze bylibyśmy jedynymi osobami w Parku. Wciąż jesteśmy zachwyceni otaczającą nas przyrodą. Niestety możemy podziwiać tylko florę, bo fauna skutecznie się przed nami ukrywa. Może wpływ na to ma też wysoka temperatura, która skłania zwierzęta do chowania się w cieniu i poza naszym wzrokiem. Pozostaje nam jedynie śpiew ptaków. Żadnych hałasów cywilizacji.
Zbliża się godz. 17, a my zaczynamy odczuwać już głód. Przed nami Zatom, a tam jedyne miejsce w tych okolicach, w którym można zjeść posiłek nie przygotowany przez siebie. Na skraju wsi znajduje się budynek, w który można zjeść domowe obiady. To "Potrawy znad Drawy". Właściwe jest to nowo wybudowany dom, w którym przyjmuje się gości w salonie z aneksem kuchennym lub na tarasie. Wszystko nowe czyściutkie. Istota tej "jadłodajni" jest banalna w swej prostocie. Przygotowywanych jest kilka dań do wyboru a właściwie robione są w momencie przyjścia gości. Po prostu domowa kuchnia ze świeżych produktów. Żadnej karty dań, żadnego menu. Przyjeżdżasz i albo trafiasz w swój kulinarny gust, albo nie. My trafiliśmy na zupę kalafiorową, której ja nie jadam, ale Beatka wzięła i sobie bardzo chwaliła. Na drugie miks pierogów z mięsem i ruskich dla mnie (półtora porcji) i pierś z kurczaka z ziemniaczkami i buraczkami dla Beatki. Do tego kompot z papierówek. Wszystko było pyszne i godne polecenia. Bez żadnej ściemy możemy rekomendować to miejsce. Skądinąd ponownie trafiliśmy tam również na śniadanie, bo skusiła nas zapowiedź otrzymania chleba z własnego wypieku. Jak się okazało śniadanie było obfite (jajecznica, wędlina, ser żółty, twaróg, dżem truskawkowy własnej roboty, pomidorki) i bardzo smaczne. Niestety nie mieliśmy już okazji posmakować anonsowanych na ten dzień na obiad pierogów z kurkami i kapustą.
Po obiadku, aby nie ulec rozleniwieniu wywołanym obfitością posiłku, wsiadamy na rowery i ruszamy dalej czerwonym szlakiem w kierunku Głuska. Po około pół godzinie docieramy do "Wydrzego Głazu". Kilkaset metrów wcześniej mijamy Świętą Halę, przy której usytuowana była dawniej binduga. Binduga to miejsce nad rzeką służące do przygotowania drewna do spławu. Obecność kilku bindug na terenie Parku świadczy o mocno rozbudowanej gospodarce leśnej, która funkcjonowała dawnej na tym terenie. Park powstał bowiem dopiero 1 maja 1990 roku, a ostatni spław drewna miał miejsce bodajże w 1979 roku (nie zanotowałem i piszę z pamięci). Śladem tej gospodarki są też brukowane dukty leśne, które tak dotkliwie odczuł błotnik w moim rowerze, a po dwóch dniach również moja "dolna część pleców". Dziś tereny bindug porasta trawa.
Zaczęło robić się późno, więc obawiając się by ciemność nie zastała nas w lesie, zawracamy do kwatery w Zatomiu. Czas się rozpakować i odpocząć. Robię jeszcze drobne zakupy w kiosku w środku wsi, która nota bene jest jedynym miejscem zaopatrzenia. Przez całe popołudnie przejechaliśmy ponad 50 km co jak na nas jest całkiem niezłym wyczynem, bo to właściwie nasz pierwszy dłuższy wyjazd rowerowy.
Noc w Zatomiu ma swoje niepowtarzalne uroki. Panuje zupełna cisza. Ale taka na prawdę, aż kłująca w uszy. Mimo otwartych okien zupełnie żadnych odgłosów. Tak na prawdę dopiero po powrocie, na zasadzie kontrastu zaczęliśmy zauważać ile różnych, cywilizacyjnych dźwięków na co dzień nas otacza.
Wśród tej ciszy pojawił się tylko jeden feler, a jego imię to KOGUT. Najpierw, jeszcze przed świtem, zaczął piać jeden w oddali, a później inne, coraz bliżej, "po sąsiedzku". Obudziło to nas i poczuliśmy jeszcze dogłębniej na jakiej wsi się znaleźliśmy. Takie odgłosy są nam mieszczuchom całkiem obce. I nawet było to całkiem przyjemne uczucie (człowiekowi przypomniał się od razu "Teleranek" z kogutem na początku:-). Jednak to kogucie pianie nie kończyło się, a ten "po sąsiedzku" wydzierał się najgłośniej i to z przerwami przez kilka godzin. Z uwagi na wszechogarniającą ciszę jego pianie było jeszcze bardziej doniosłe. Ostatecznie, aby choć na trochę zapaść w głębszy sen musieliśmy zamknąć okna.
O siódmej rano zostawiam śpiącą Beatkę i idę biegać do Parku. Teraz dopiero mogę zauważyć ile zwierząt jest w lesie. Ich tropy co chwilę przecinają ścieżkę, którą poruszam się w głąb lasu. Bieg umila mi śpiew ptaków. Jest rześko więc bieg to sama przyjemność. Mam okazję zauważyć również, że pomimo iż teren Parku jest objęty ścisłą ochroną, okoliczni mieszkańcy korzystają z jego darów. Spotykam grupę osób, które zrywają owoce dzikiej róży z krzaków rosnących przy drodze.
Wracam po godzinie. Część mieszkańców, z którymi byliśmy wspólnie na terenie gospodarstwa agroturystycznego jeszcze śpi, a część, dla której Zatom stanowił tylko przystanek na trasie, już opuściła swoje pokoje i udała się w dalszą podróż. Również my pakujemy się, bo mieliśmy wykupioną jedną noc. Opuszczamy kwaterę i jedziemy na pyszne domowe śniadanie do "Potraw znad Drawy". Posileni wsiadamy do samochodu i jedziemy do Głuska, który będzie stanowił w tym dniu punkt początkowy oraz końcowy naszej eksploracji Parku. Przesiadamy się na rowery i ruszamy żółtym szlakiem w kierunku Jeziora Ostrowickiego. Początkowo jedzie się przyjemnie, lecz po pewnym czasie droga zmienia się w ścieżkę i jazda staje się praktycznie niemożliwa, co zmusza nas do prowadzenia rowerów. Na tym fragmencie umęczyliśmy się strasznie, bo i słoneczko zaczęło dawać o sobie znać. Trzeba się też przyznać, że znaleźliśmy w informatorze ostrzeżenie o tym, iż ta część szlaku nie nadaje się do ruchu rowerowego i jest z niego wyłączona, lecz zignorowaliśmy to, licząc na to, że jakoś damy radę. Odżywamy, gdy po wdrapaniu się kilkanaście metrów w górę na skarpę docieramy do leśnego duktu. Zatrzymujemy się dopiero przy platformie do obserwowania ptaków. Wreszcie przydaje nam się wożona w sakwach lornetka. Możemy zaobserwować kilka ptaków pływających po tafli jeziora. Mało się na tym znamy lecz wydaje nam się, że były to perkozy.
Gdy ponownie szlak zaczyna skręcać w wąską ścieżkę, oznaczenie kierunku na szlaku wskazuje na odcinek 4,6 km do Pustelni, a z mapy odczytujemy, że mogą być te same problemy z przeprawą co wcześniej, decydujemy się zboczyć ze szlaku i jechać drogą leśną poza szlakiem, dotrzeć do asfaltu i nadrabiając trochę drogi dotrzeć do Pustelni. Dziwnym zrządzeniem losu mylimy drogi i podążamy do Pustelni leśną drogą, która przebiega dosłownie kilkanaście metrów od wąskiej ścieżki, którą biegnie żółty szlak. Obserwujemy więc te same miejsca, które widzielibyśmy ze szlaku, a jednocześnie nie nadrabiamy zbyt wiele drogi.
Docieramy do Pustelni, gdzie na leśnym parkingu zatrzymujemy się na mały posiłek. Na samym parkingu i w jego pobliżu wreszcie zaczynamy spotykać ludzi, choć na szczęście zaledwie kilkoro.
Po krótkim odpoczynku, już czerwonym szlakiem ruszamy w kierunku Węgorni. Po drodze zatrzymujemy się tylko na "małe siusiu", co będzie miało swoje dalsze skutki, ale o tym później. Droga urozmaicona raz szutrowa innym razem brukowana. Skręcamy na niebieski szlak i już po chwili docieramy do Węgorni. W tym miejscu już, jak na warunki Drawieńskiego Parku Narodowego, prawdziwy tłum. Najpierw na drodze dojazdowej mijamy 6 osób, a przy samej Węgorni są ich jeszcze 4. Węgornia jest interesującym obiektem "inżynieryjnym" na rzece Płociczna. Poprzez stworzenie ciekawych i dość prostych w swej istocie konstrukcji dokonywano połowu węgorzy, stąd też wzięła się nazwa tego miejsca. Dziś wszystko jest całkowicie zdewastowane.
W Węgorni Beatka spostrzegła, że w czasie ostatniego postoju zagubiła rękawiczki rowerowe. Tak to jest jak się je zdejmuje do siusiania. Ja swoje nie zdejmowałem ;-) Trochę nam ich szkoda, bo praktycznie były po raz pierwszy w użyciu, więc decydujemy się na powrót i ich odszukanie. Beatka wykorzystała swoje 28" w kołach i wysforowała się do przodu. Po niecałych 3 km znalazła je na środku drogi i zanim dojechałem na to miejsce już zdążyła zawrócić. Z drugiej strony, kto mógł zabrać te rękawiczki z drogi skoro takie pustki wokół.
Ruszamy dalej w kierunku Głuska. Po drodze docieramy do byłej wioski Ostrowiec (zwanej też Ostrowite). Kiedyś tętniła życiem, dziś znajdują się tu cztery chałupy, jedna w kompletnej ruinie a trzy całkowicie odnowione, w których znajdują się obiekty DPN. Dla nas w tym miejscu istotne są jeszcze dwie rzeczy, które mieliśmy okazję poznać w czasie naszego poprzedniego pobytu w Parku. Pierwszą z nich jest stara jabłoń rosnąca przy nieodnowionej chałupie. Poprzednim razem zachwycił nas smak jabłek z drzewa, które pamięta jeszcze czasy, gdy te tereny były niemieckie. Niestety w tym roku docieramy trochę za szybko i owoce nie są jeszcze do końca dojrzałe. Zjadamy po jabłku, a kilka owoców bierzemy na kompot. Drugą rzeczą są ruiny kościoła z XVIII wieku i pozostałości cmentarza. W kościele podobno jeszcze w 1962 roku odbywały się nabożeństwa. Dziś pozostały już tylko gołe mury, a po drewnianej wieży nie pozostał żaden ślad. Natomiast na cmentarzu warte uwagi są nagrobki. Ponieważ życie mieszkańców było ściśle związane z lasem, nagrobki stanowiły wyryte w kamieniu ścięte pnie drzew, jako metafora przerwanego życia. Dzisiaj, po wielu latach, gdy porosły jeszcze mchem, są praktycznie z daleka nie do odróżnienia od żywych roślin. Ciekawostką jest też nagrobek kowala, na co wyraźnie wskazują umieszczone na nim narzędzia kowalskie.
Dalej zbaczamy z głównej drogi i jedziemy nad Jezioro Czarne, które stanowi ewenement na skalę całej Polski. Jest to jezioro, którego wody się nie mieszają pod wpływem wiatru (co nosi naukową nazwę meromiksji). Wody poniżej głębokości 13 metra nigdy nie kontaktują się z powierzchnią i nie są utlenione, dlatego w praktyce nie istnieje tu życie roślinne i zwierzęce. Wyjątek stanowią bakterie opierające się nie na tlenie lecz na siarce. Zadziwiająca jest też przejrzystość wód jeziora (średnio 7 metrów) oraz szafirowa barwa. Bez najmniejszych problemów możemy obserwować ryby żyjące w wodach jeziora. W tym miejscu znajduje się też tzw. ponor, czyli miejsce w którym z uwagi na warunki geologiczno-hydrologiczne następuje naturalne wsiąkanie wód w niższe warstwy wodonośne.
Poruszając się wytyczoną ścieżką przyrodniczą docieramy do kładki prowadzącej przez Jezioro Ostrowickie, gdzie znów mamy okazję poobserwować perkozy. Następnie wzdłuż brzegu jeziora docieramy do małej plaży, gdzie możemy wreszcie wejść do wody i się schłodzić. Co ciekawe jak na warunki Parku, na Jeziorze Ostrowickim można wędkować a na tej właśnie plaży zażywać kąpieli.
Do Głuska z tego miejsca jest już naprawdę niedaleko więc docieramy tam w kilka minut. Na miejscu kierujemy się jeszcze do znajdującego się we wsi kościoła. Dziś przejechaliśmy tylko ok. 30 km. ale warunki drogowe były znacznie gorsze niż wczoraj, więc i tempo było niższe. Zresztą nie chodzi nam o ściganie się z czasem, czy z odległościami. To jest czas dla nas: tylko my, lasów szum, ptaków śpiew:-)
Godnym uwagi miejscem w okolicach Głuska jest jeszcze elektrownia Kamienna, której budowę ukończono w 1903 roku i która jest jedną z najstarszych działających hydroelektrowni na świecie. My byliśmy w tym miejscu poprzednim razem, więc tym razem omijamy je. Około 18.00 ruszamy w powrotną drogę do domu.
I już wiemy, że to był świetny sposób na spędzenie wolnego czasu. Tego nam było trzeba. Będziemy starali się częściej korzystać z tej, chyba najprostszej, formy wypoczynku.
PS. Przez kolejne dni nie możemy przyzwyczaić się do otaczających nas w mieście hałasów. Dopiero pobyt w miejscu, w którym brak jest sztucznych dźwięków, uświadamia jaki wpływ na nasze otoczenie ma cywilizacja.
Rowery sprawdziły się bez zarzutu. Nawet mój "chiński" marketowy składak wytrzymał wstrząsy na częstych "kocich łbach". Tym samym dostał i potwierdził swą szansę na dalsze użytkowanie. Sprawdził się też nowy zakup, tj. torba na kierownicę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












